
Przerwa między świętami a długim weekendem aż się prosiła o leniuchowanie. No i Gucio dostał wybór, z czego skorzystał i nie poszedł do przedszkola.
Wybraliśmy się we 3 do Centrum Kopernik. Wypada napisać, że tłumy, które tam przychodzą doprowadzają mnie do szału? Doprowadzają. Na szczęście z maluchami można się ukryć w sekcji Buzzz, gdzie jest o wiele spokojniej (limitowane wejścia).


Tu jeszcze poeta - ułożył nam wiersz o bańkach mydlanych z myśli:)


Rzeźba świetlna zrobiła na nas duże wrażenie.

A tak robi Hela kiedy chce odpocząć. Niezależnie od miejsca, czasu i okoliczności. Ma wewnętrzny system alarmujący o zmęczeniu i się go słucha.


Po wizycie w Centrum, mały piknik nad Wisłą. Bardzo przyjemne miejsce.

Dzięki hulajnodze do Zoo dotarliśmy pieszo.

A w Zoo niestety zapomniałam robić zdjęcia, jakoś porwał nas wir zdarzeń.
Największe wrażenie zrobiły młode lemury, wczepione w plecy opiekunów, robiący pod wodą "foczki" hipopotam, pająki większe niż moja ręka, rekin (Lena mocno wtulała się we mnie - to efekt "Gdzie jest Nemo", czy atawizm?), paw z rozłożonym ogonem (mamo, czemu paw się zaleca do flamingów? zapytał Gucio). No i oczywiście pawiany. A na mnie puma.
I mała klatka pantery śnieżnej. Bardzo mała.
Zadziwiło mnie, ze mrówkojad, który żyje 20 lat, przez rok nosi swoje młode na grzbiecie.
I niezmiennie już od lat narasta we mnie przekonanie, że większości z tych zwierząt powinno tam nie być. A już szczególnie goryli. mają wspaniały wybieg. Ale i tak wydają się być smutne.
Nie mówiąc o klatce misiów przy ulicy. Trudno uwierzyć, że to w ogóle możliwe...


Zoo to oczywiście LODY. Pierwsze chyba w tym roku. Odnotowane.